Nie, nie wierzę w zamach.
Nie, nie wierzę w zmowę Tuska z Putinem.
Byłam pod Muzeum Powstania Warszawskiego, gdy Para Prezydencka po raz ostatni opuszczała stolicę.
Nie, nie uwierzyłam w przekopywanie ziemi w Smoleńsku na metr w głąb, mimo zapewnień Ewy Kopacz.
Nie, nie zgadzałam się z raportem Anodiny.
Byłam przy hali Torwaru, gdy na Okęciu lądował pierwszy transport smoleńskich trumien.
Nie, nie czytam "W sieci", "Do rzeczy", "Gazety Polskiej" i "Naszego Dziennika".
Nie, nie słucham bełkotu Palikota.
Ani kiedyś, ani teraz, ani nigdy.
Cztery lata temu przez kilka dni wierzyłam, że katastrofa smoleńska będzie katharsis polskiej polityki.
Nie, nie widziałam w niej znaku. Wierzyłam, że z tej bezsensownej tragedii, która wydarzyła się w splocie polskiej i rosyjskiej bylejakości i jakoś-to-będzie, potrafimy wyciągnąć wnioski.
Zatykałam uszy, by nie słyszeć tych, którzy mówili, że będzie - wprost przeciwnie.
I jest. Nasz dom murem podzielony.
A ja gdzieś pośrodku. Z jednej strony słowa "Smoleńsk", "zamach", "wybuch", "trotyl" budzą zażenowanie i chęć ucieczki. Z drugiej - chcę pamiętać. O tych wszystkich, którzy wtedy zginęli. Tragicznie i bezsensownie.
Im wyższy mur smoleński, tym ten bezsens bardziej wyraźny, przejmujący, dławiący.
Wieczne odpoczywanie racz im dać Panie.
![]() |
| 10 kwietnia 2010, Krakowskie Przedmieście |

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz