Będąc matką dziecięcia w wieku wczesnoszkolnym, powrót z rodzinnych świąt na południu Polski do stolycy odłożyłam na poświąteczny wtorek (ferie). Spośród przebogatej oferty przewoźników krajowych wybrałam PKP Intercity w jego budżetowej wersji - TLK. Różnica w standardzie między EIC a TLK jest widoczna gołym okiem, ale ponieważ portfel mój jest równie jak oko nieuzbrojony i niegotowy na starcie z ceną pozapromocyjną, wybór był prosty. Jedziemy TLK "Janusz Korczak" - jedynym, który przemierza trasę Kraków-Warszawa w środku dnia.
Bo odnowiony tabor PKP Intercity pociągnął za sobą odwrócenie proporcji między liczbą pociągów EIC i TLK. O ile jeszcze niecały rok temu tych drugich na najbardziej obleganej trasie Kraków-Warszawa kursowało w ciągu dnia przynajmniej tyle samo co EIC (a o ile mnie pamięć nie myli, więcej), o tyle teraz TLK kursują bodaj trzy: rano (o świcie), w okolicach południa i wieczorem.
Ale co tam. Mamy bilety z miejscówką, więc alleluja i do przodu. Niestety, chęć racjonalizacji wydatków na podróż przyświecała jakiemuś srylionowi rodaków a także obcokrajowców, którzy oblegli Dworzec Główny niczym ongiś Turcy Kamieniec Podolski. Duża część hurraoptymistycznie myślała zapewne: "Ja z synowcem na czele i - jakoś to będzie!"
Pierwsza potyczka - wygrana! Dostaliśmy się do przedziału. Pyrrusowe to było zwycięstwo - przez bite 3,5 godziny nie mogliśmy się z niego ruszyć, bo pohańcy nie odstępowali od murów.... Tfu, z korytarzy. Gdyby jakiś Obrońca Miejsca z Miejscówką zdecydował się złamać zakaz, wychylić przez okno i łaskawie wypaść, hordy runęłyby na to zwolnione miejsce, rzecz jest pewna.
Zarządzie PKP Intercity i wy, szeregowi dyrektorzy spółek siostrzanych i pobratymczych! W dzień poświąteczny do każdego składu TLK zarządźcie doczepianie wagonu bydlęcego (jeśli takimi spółka nie dysponuje, należy zamówić niezwłocznie). Podróżnym, stojącym na korytarzach i w wucetach będzie bez różnicy, a przynajmniej parę osób z tych, co zapłacili za podróż drugą, a nawet pierwszą klasą PKP Intercity (i huk z tym, że TLK), nie dostanie zakrzepicy - będą mieć szansę na wyprostowanie kończyn choć raz w ciągu kilku godzin.
Wiem co mówię. Zakrzepicą pociągową byłam zagrożona w ostatnim półroczu już trzykrotnie. Nosił wilk razy kilka....
Ale ja w sumie nie o tym. Podróż sama w sobie atrakcyjna aż miło, ale koniec podróży to już kremdelakrem.
Otóż pociąg długi, wyładowany niczym "Lokomotywa" wieszcza Tuwima, za stację końcową miał Warszawę Gdańską. I była to równocześnie jedyna stacja w Warszawie, na jakiej zechciał się ów skład zatrzymać (niezorientowanym napiszę, że "normalnie" pociągi dalekobieżne zatrzymują się na trzech dużych, przystosowanych do przyjmowania i odprawiania pasażerów z walizami, tobołami, plecakami, stacjach: Warszawie Zachodniej, Centralnej i Wschodniej). Warszawa Gdańska, niczego dworcowi nie ujmując, to spora stacyjka pociągów podmiejskich. Jest różnica? Oooooo, jest!
TLK "Janusz Korczak" wtoczył się na stację. Pohańcy korytarzowi wymieszali się na peronie z Wiernymi Obrońcami Miejscówek. Zamieszanie trwało tylko chwilę, bo po kilkunastu sekundach wszyscy solidarnie ugrzęźli w gigakorku do schodów wiodących do przejścia podziemnego. Korek pewnie by się szybko rozładował (mimo waliz, tobołów, plecaków, piesków, wózków, karmiących dzieci i płaczących matek czy tam jak to szło), gdyby nie fakt, że szemrzącym głosem z głośników popłynęła wieść, iż na tor-taki-a-taki, przy peronie-tym-i-tym(samym) wjeżdża pociąg relacji Wrocław Główny-Warszawa Gdańska-Kończybieg.
Owmordę.
Zarządzie PKP Intercity i wy, szeregowi dyrektorzy spółek siostrzanych i pobratymczych! Następnym razem puśćcie w tym samym momencie na Gdański GdynięGłównąOsobową-Kończybieg! Zachciało się ludziskom oszczędzać na biletach, niech se wydadzą na ortopedę, jak już jeden z drugim wygruzi się na tych schodach, co nie dość że ciasne, to jeszcze dość słabo doświetlone.
PS. Z Warszawy do Krakowa podróżowałam EIC. No miód malina, nowe wagony, tabor odświeżony, Europa pełną gębą. Jedną mam tylko uwagę krytyczną, mianowicie drzwi, które otwierają się na guziczek, bardzo głupie są i złośliwe, i nie zauważają pasażera wcale, więc moje przedramiona przyozdabiają dwa gigantyczne siniaki. Nie, nie spożywałam w Warsie napoju słabowyskokowego, tymi rękami chciałam ochronić swoje dziecko, które nierozsądnie przechodziło przez rozsunięte drzwi, a one znienacka zaczęły się zsuwać. Czy zamontowanie czegoś w rodzaju czujnika ruchu, który blokowałby drzwi robiące złowieszcze pffffffffffffff, byłoby nadmiernym kłopotem?
Z pasażerskim pozdrowieniem!
wtorek, 22 kwietnia 2014
poniedziałek, 14 kwietnia 2014
[5] Gdy rodzice abdykują...
Prokuratura nie zamierza ścigać w związku z tragedią pod Chełmnem
żadnych dorosłych - i to nawet wtedy, gdy okaże się, że "ułatwili
nastolatkom dostęp do samochodu" - donosi TVN24.
Pod Chełmnem, w nocy z soboty na niedzielę, samochodem osobowym jechało dziewięcioro nastolatków w wieku 13-17 lat.
Kierowca miał lat 16. Jedni mówią, że prowadził pod wpływem (poniżej 0,5 promilla alkoholu). Inni mówią, że był pijany.
Przeżył. Nie odpowie karnie, trafi do sądu rodzinnego. Zdaniem prokuratury, nie może odpowiadać jak dorosły, bo nie popełnił ciężkiego przestępstwa umyślnie.
No nie wiem. Siedem trumien. Alkohol (nawet jeśli niewiele, to jednak tak). Brak prawa jazdy. Najprawdopodobniej przywłaszczenie samochodu (z całą pewnością jechał bez pozwolenia właściciela). Nadmierna prędkość.
Oczywiście - nie chciał.
Oczywiście - młodzieńcza głupota. Przecież 16-latek to dziecko.
Oczywiście.
Ale zaraz... Szesnastolatek to dziecko?
Ofiary to też dzieci, niezależnie czy miały 13, 16 czy 17 lat.
- Takie czasy - wzdycha jedna z moich koleżanek, do której dzwonię zapytać, czy jej 17-letni syn też baluje po nocach a ona nie wie, gdzie, z kim i co robi. - Marek akurat nie, on nie lubi, ale jego koledzy tak.
A gdyby Marek lubił? Gdyby lubił, balowałby też, bo mama wie, że są "takie czasy" i nastolatkom niczego zabronić nie można. Bo głupstw mogą narobić też w dzień, jak rodzice są w pracy, też mogą wsiąść do auta napruci w trzy d*py i porozbijać się o drzewa. Albo gorzej - o innych.
Takie czasy. Mam nadzieję, że doniesienia prasowe, jakoby prokuratura nie zamierzała ścigać dorosłych za brak pieczy rodzicielskiej to jakiś fals, spóźniony 1. kwietnia. Choć temat nie nastraja do żartów, a rodzicom (rodzinom) ofiar należy się w tej chwili spokój i współczucie (nawet nie próbuję udawać, że potrafię sobie wyobrazić, co czują), to tzw. organy nie są od współczucia.
Matka, która zaprowadziła swoje dzieci nad Wartę (czworo utonęło), odpowie przed sądem za nieumyślne spowodowanie śmierci. Taki sam zarzut otrzymała pracownica opieki społecznej, która towarzyszyła rodzinie w tej wyprawie. Grozi im do 5 lat więzienia.
To, czy sąd uzna winę matki i drugiej oskarżonej kobiety, jaką karę im wymierzy - to już zupełnie inna sprawa.
Brak pieczy rodzicielskiej w świetle przepisów jest przestępstwem.
Edit: Brak pieczy rodzicielskiej w świetle przepisów nie jest przestępstwem - mówi mi znajomy prawnik.
Ale to przecież absurd. Gdy trzyletnie dziecko wypada przez okno, bo matka na chwilę się odwróciła, prokurator drobiazgowo sprawdza, czy rzeczywiście na chwilę, bo może to jednak było zaniedbanie, które oznaczało bezpośrednie narażenie życia i zdrowia. Czy jakoś tak. A jak 13-letnią dziewczynkę rodzice spuszczają z oka na kilka (?) godzin, to co to jest?
To jest absurd, który wzmacnia coraz silniejszy trend abdykacyjnego stylu sprawowania władzy rodzicielskiej.
Wiem, łatwo mi mówić, bo jestem matką pierwszoklasisty.
Ale abdykacja jest faktem. Rodzice boją się zabraniać. Boją się stawiać granice. Chcą być cool i trendy. Chcą się przyjaźnić ze swoimi dziećmi. Albo nawet - kumplować.
Rodzic nie jest kumplem. Nie jest nawet przyjacielem.
Jest rodzicem. Ma obowiązek wobec dziecka - dopilnować, by nawet wtedy, gdy chce popełnić głupstwo, nie było ono ostateczne.
Tak, nie przed każdą głupotą można uchronić młodego człowieka.
Ale to nie drzewo zabiło siedmioro dzieci. Gdyby tego drzewa nie było, mogliby dachować. Albo rozbić się o nadjeżdżający z przeciwka samochód.
To nawet nie głupota dziewięciorga dzieci zabiła siedmioro z nich, choć była to bezpośrednia przyczyna wypadku.
Abdykacja rodziców. W imię "takich czasów".
Pod Chełmnem, w nocy z soboty na niedzielę, samochodem osobowym jechało dziewięcioro nastolatków w wieku 13-17 lat.
Kierowca miał lat 16. Jedni mówią, że prowadził pod wpływem (poniżej 0,5 promilla alkoholu). Inni mówią, że był pijany.
Przeżył. Nie odpowie karnie, trafi do sądu rodzinnego. Zdaniem prokuratury, nie może odpowiadać jak dorosły, bo nie popełnił ciężkiego przestępstwa umyślnie.
No nie wiem. Siedem trumien. Alkohol (nawet jeśli niewiele, to jednak tak). Brak prawa jazdy. Najprawdopodobniej przywłaszczenie samochodu (z całą pewnością jechał bez pozwolenia właściciela). Nadmierna prędkość.
Oczywiście - nie chciał.
Oczywiście - młodzieńcza głupota. Przecież 16-latek to dziecko.
Oczywiście.
Ale zaraz... Szesnastolatek to dziecko?
Ofiary to też dzieci, niezależnie czy miały 13, 16 czy 17 lat.
- Takie czasy - wzdycha jedna z moich koleżanek, do której dzwonię zapytać, czy jej 17-letni syn też baluje po nocach a ona nie wie, gdzie, z kim i co robi. - Marek akurat nie, on nie lubi, ale jego koledzy tak.
A gdyby Marek lubił? Gdyby lubił, balowałby też, bo mama wie, że są "takie czasy" i nastolatkom niczego zabronić nie można. Bo głupstw mogą narobić też w dzień, jak rodzice są w pracy, też mogą wsiąść do auta napruci w trzy d*py i porozbijać się o drzewa. Albo gorzej - o innych.
Takie czasy. Mam nadzieję, że doniesienia prasowe, jakoby prokuratura nie zamierzała ścigać dorosłych za brak pieczy rodzicielskiej to jakiś fals, spóźniony 1. kwietnia. Choć temat nie nastraja do żartów, a rodzicom (rodzinom) ofiar należy się w tej chwili spokój i współczucie (nawet nie próbuję udawać, że potrafię sobie wyobrazić, co czują), to tzw. organy nie są od współczucia.
Matka, która zaprowadziła swoje dzieci nad Wartę (czworo utonęło), odpowie przed sądem za nieumyślne spowodowanie śmierci. Taki sam zarzut otrzymała pracownica opieki społecznej, która towarzyszyła rodzinie w tej wyprawie. Grozi im do 5 lat więzienia.
To, czy sąd uzna winę matki i drugiej oskarżonej kobiety, jaką karę im wymierzy - to już zupełnie inna sprawa.
Brak pieczy rodzicielskiej w świetle przepisów jest przestępstwem.
Edit: Brak pieczy rodzicielskiej w świetle przepisów nie jest przestępstwem - mówi mi znajomy prawnik.
Ale to przecież absurd. Gdy trzyletnie dziecko wypada przez okno, bo matka na chwilę się odwróciła, prokurator drobiazgowo sprawdza, czy rzeczywiście na chwilę, bo może to jednak było zaniedbanie, które oznaczało bezpośrednie narażenie życia i zdrowia. Czy jakoś tak. A jak 13-letnią dziewczynkę rodzice spuszczają z oka na kilka (?) godzin, to co to jest?
To jest absurd, który wzmacnia coraz silniejszy trend abdykacyjnego stylu sprawowania władzy rodzicielskiej.
Wiem, łatwo mi mówić, bo jestem matką pierwszoklasisty.
Ale abdykacja jest faktem. Rodzice boją się zabraniać. Boją się stawiać granice. Chcą być cool i trendy. Chcą się przyjaźnić ze swoimi dziećmi. Albo nawet - kumplować.
Rodzic nie jest kumplem. Nie jest nawet przyjacielem.
Jest rodzicem. Ma obowiązek wobec dziecka - dopilnować, by nawet wtedy, gdy chce popełnić głupstwo, nie było ono ostateczne.
Tak, nie przed każdą głupotą można uchronić młodego człowieka.
Ale to nie drzewo zabiło siedmioro dzieci. Gdyby tego drzewa nie było, mogliby dachować. Albo rozbić się o nadjeżdżający z przeciwka samochód.
To nawet nie głupota dziewięciorga dzieci zabiła siedmioro z nich, choć była to bezpośrednia przyczyna wypadku.
Abdykacja rodziców. W imię "takich czasów".
piątek, 11 kwietnia 2014
[4] Zbyt biedni na szczepionki? Ple, ple, ple...
Kiedyś, jak człowiek chciał sobie przeczytać artykuł pisany - proszę uprzejmie o wybaczenie - na temat z odbytnicy wzięty, sięgał po "Fakt".
Nocami nie śpię bo trzymam kredens.
Napadło mnie jajko.
Jezioro pełne wódki.
A dziś? Dziś wybór tytułów prasowych, które oferują rozrywkę intelektualną na zbliżonym poziomie, jest dużo, dużo szerszy. Weźmy dzisiejszą "Rzeczpospolitą" - kiedyś dziennik w segmencie premium, skierowany do kadry zarządzającej, specjalistów, administracji.
Za biedni na szczepionki.
Otóż, proszę państwa, autorki stawiają śmiałą tezę: państwo powinno płacić za szczepienia zalecane, bo rodzice chcieliby szczepić swoje dzieci na potęgę, ale kasy nie mają.
Jakiś dowód na tę tezę?
Och, po co tak ostro? Można było o trotylu na wraku pisać bez dowodów, to czemuż to o szczepieniach nie można popełnić artykułu prasowego. Dowód, też coś!
Jest przesłanka. Otóż z badań TNS OBOP wynika, że "niemal co druga osoba pracująca jako specjalista i 40 proc. rodziców z wyższym wykształceniem deklaruje, że zaszczepi dzieci przeciw chorobom nieobjętym obowiązkowym kalendarzem szczepień. Dlaczego? Bo ich na to stać".
W domyśle - inni nie szczepią, bo klepią biedę, i jak mają wolny pieniądz, wydają go w spożywczaku.
Rajcujący wniosek, nie?
Można byłoby go wprawdzie skonfrontować z badaniami przeprowadzonymi przez Centrum Zdrowia Dziecka mniej więcej trzy lata temu, z których wynika, że rodzice co prawda deklarują, że zaszczepią dzieci na wszystko, co można, ale w praktyce wygląda to dużo słabiej. Nie szczepią również ci, których na to stać.
Przeciw pneumokokom szczepionych jest rocznie ok. 10 proc. dzieci.
Szczepionkę przeciw meningokokom dostaje kilka procent dzieci.
Podobne "osiągi" mają szczepienia przeciw rotawirusom.
Paradoksalnie, najwięcej kasy rodzice wydają na szczepienia wynikające z kalendarza szczepień obowiązkowych, płacąc nawet 90 mln złotych (rocznie) za szczepionki skojarzone (zamiast trzech wkłuć dziecko otrzymuje szczepionkę w jednym). Szczepionki skojarzone są nowocześniejsze i pediatrzy od kilku lat monitują Ministerstwo Zdrowia, by wprowadzić je jako nieodpłatny standard dla wszystkich dzieci.
Kolejny postulat pediatrów to wprowadzenie szczepienia przeciw pneumokokom do kalendarza szczepień obowiązkowych. Na razie na bezpłatną szczepionkę mogą liczyć dzieci z grup ryzyka (wcześniaki, dzieci z astmą, cukrzycą i innymi obciążeniami) a także szczęśliwcy, którzy mieszkają w gminach, stawiających na profilaktykę - jakiś czas temu bezpłatne szczepienia przeciw pneumokokom wprowadziły Kielce, i efekty zdrowotne są naprawdę imponujące.
Ale - revenons à nos moutons. Wróćmy do naszych baranów, czyli do "Rzeczpospolitej" i jej śmiałych szczepionkowych tez.
Rodzice chcieliby szczepić, ale nie szczepią, bo na takiego niemowlaka to panie, hohoho, ile kasy potrzeba, żeby wyszczepić. I wyliczają autorki, że samo szczepienie przeciw pneumokokom to 1,2 tys. zł, a jak jeszcze dodać "zalecane szczepienia na meningokoki, ospę wietrzną, kleszczowe zapalenie mózgu czy grypę", to kwota rośnie do 1,5 tys. zł.
Aaaaa. Nos moutons w wysokiej formie. Wracajmyż do nich.
Jestem świadomym rodzicem. Pediatra mojego dziecka jest lekarzem wiernym zasadom EBM - medycyny opartej na faktach. Kalendarz szczepień obowiązkowych oboje traktowaliśmy od początku jak dekalog. A szczepienia zalecane - zgodnie z wiedzą medyczną i zdrowym rozsądkiem.
I tak.
Najbardziej kosztowną pozycją w przypadku niemowlaka, jeśli chodzi o szczepienia zalecane, jest szczepionka przeciw rotawirusom, której autorki w ogóle nie uwzględniły. W zależności od schematu (rodzaj szczepionki) ale też placówki, w której szczepimy dziecko rodzice zapłacą od 500 do 900 złotych za cały cykl.
Dlaczego rotawirusy a nie pneumokoki? Bo ostatnia dawka szczepienia przeciw rotawirusom musi być podana przed 24 tygodniem życia dziecka, czyli końcem 6. miesiąca.
Pneumokoki "wychodzą" drożej, ale tylko wtedy, jeśli rodzice uznają, że jest potrzeba ochrony dziecka od 2. miesiąca życia (bo np. ma starsze rodzeństwo, przedszkolaki i młodsi uczniowie przywlekają do domów prawdziwe bomby biologiczne, z którymi osesek i niemowlak sobie nie poradzi).
Jeśli dziecko nie ma starszego rodzeństwa, a rodzice prowadzą umiarkowanie ożywione życie towarzyskie, potrzeba szczepienia przeciw pneumokokom w pierwszym roku życia jest dyskusyjna. Z jednej strony małe dzieci najgorzej znoszą ewentualne zakażenie, a Inwazyjna Choroba Pneumokokowa rozwija się u nich wyjątkowo paskudnie, z drugiej - niemowlęta mają niewiele okazji, by zjadliwymi bakteriami się zarazić.
Im później dziecko zaczynamy szczepić, tym dawek szczepionki potrzebuje mniej.
Będąc świadomym rodzicem i zwolennikiem szczepień wszelakich, dziecko przeciw pneumokokom szczepiłam w trzecim roku życia, gdy syn zaczął swoją przygodę z klubami malucha i innego typu miejscami socjalizacji (małpie gaje, kulkownie).
Po trzecich urodzinach zaszczepiliśmy dziecko przeciw ospie. Jedną dawką, drugiej młody nie zdążył przyjąć, rozwiązał sprawę "po taniości", łapiąc wirusa i odchorowując ospę w postaci poronnej (trzy krosty na czole, jedna na brzuchu).
Przeciw meningokokom szczepionkę dziecko dostało przed czwartymi urodzinami, przed rozpoczęciem pełnoetatowej kariery przedszkolaka.
Jako matka świadoma, zapytałam pediatrę o kleszczowe zapalenie mózgu (- O ile nie wybiera się pani pod namiot na tereny leśne, nie rekomenduję) a nawet żółtaczkę (- Przed wyjazdem na wakacje do Afryki Północnej tak, wcześniej nie ma potrzeby).
Generalnie rzecz biorąc, na szczepienia zalecane w ciągu czterech lat życia mojego dziecka wydałam może tysiąc złotych. Może 1,2 tysiąca. Nie pamiętam. Więcej niż połowę w ciągu pierwszych sześciu miesięcy (rotawirusy). Szczepionek skojarzonych nie liczę - mój wybór, że płaciłam za coś, co moglibyśmy mieć bezpłatnie, tylko w mniej komfortowym wydaniu.
Ale perłą w tekście jest wypowiedź aktywistki Stop NOP, ruchu antyszczepionkowego.
"Gdyby wszystkie zalecane szczepienia były refundowane, powikłania rejestrowane, a rodzice mogli wybierać, czy chcą szczepić, jakimi preparatami i w jakim trybie, to z pewnością podchodziliby do szczepień dzieci odważniej – mówi Justyna Socha."
Brawo, brawo! Już widzę te rzesze antyszczepionkowców, dziś przerzucających się na forach informacjami o tym, że "dziecko znajomej dzień po szczepieniu 6w1 dostało autyzmu, a tak się zdrowo rozwijało droga kumo", ruszających odważnie do przychodni z żądaniem podania dziecku szczepionki skojarzonej (jeśli autorki tekstu nie wiedzą, wg antyszczepionkowców właśnie preparaty skojarzone to ZUO) i ordynujących swojemu dziecku wszystkie zalecone szczepienia, najlepiej w jednym (wybranym przez siebie) terminie.
No i jeszcze jedno.
Polski kalendarz szczepień nie jest doskonały. Fakt.
Z "Rzeczpospolitej" - niegdyś wiodącego dziennika ekonomicznego - chciałabym się dowiedzieć:
- Ile w tej chwili z budżetu państwa wydajemy na szczepienia obowiązkowe?
- Ile wydawalibyśmy, gdyby zamienić szczepionki do tej pory stosowane na nowoczesne preparaty?
- Ile kosztowałoby wprowadzenie do kalendarza szczepień obowiązkowych pneumokoków?
- Ile w tej chwili wynoszą przychody firm farmaceutycznych ze sprzedaży szczepionek na rynku polskim, a ile wyniosłyby (po uwzględnieniu naturalnego obniżenia cen preparatów w wyniku negocjacji i zakupów centralnych) po rozszerzeniu i modernizacji kalendarza szczepień?
W wersji delux "Rzeczpospolita" napisałaby też jeszcze jakie samorządy płacą za szczepienia dzieci (i ile).
A tak, to tylko takie ple, ple, ple o temacie ważnym i poważnym.
Szkoda.
Nocami nie śpię bo trzymam kredens.
Napadło mnie jajko.
Jezioro pełne wódki.
A dziś? Dziś wybór tytułów prasowych, które oferują rozrywkę intelektualną na zbliżonym poziomie, jest dużo, dużo szerszy. Weźmy dzisiejszą "Rzeczpospolitą" - kiedyś dziennik w segmencie premium, skierowany do kadry zarządzającej, specjalistów, administracji.
Za biedni na szczepionki.
Otóż, proszę państwa, autorki stawiają śmiałą tezę: państwo powinno płacić za szczepienia zalecane, bo rodzice chcieliby szczepić swoje dzieci na potęgę, ale kasy nie mają.
Jakiś dowód na tę tezę?
Och, po co tak ostro? Można było o trotylu na wraku pisać bez dowodów, to czemuż to o szczepieniach nie można popełnić artykułu prasowego. Dowód, też coś!
Jest przesłanka. Otóż z badań TNS OBOP wynika, że "niemal co druga osoba pracująca jako specjalista i 40 proc. rodziców z wyższym wykształceniem deklaruje, że zaszczepi dzieci przeciw chorobom nieobjętym obowiązkowym kalendarzem szczepień. Dlaczego? Bo ich na to stać".
W domyśle - inni nie szczepią, bo klepią biedę, i jak mają wolny pieniądz, wydają go w spożywczaku.
Rajcujący wniosek, nie?
Można byłoby go wprawdzie skonfrontować z badaniami przeprowadzonymi przez Centrum Zdrowia Dziecka mniej więcej trzy lata temu, z których wynika, że rodzice co prawda deklarują, że zaszczepią dzieci na wszystko, co można, ale w praktyce wygląda to dużo słabiej. Nie szczepią również ci, których na to stać.
Przeciw pneumokokom szczepionych jest rocznie ok. 10 proc. dzieci.
Szczepionkę przeciw meningokokom dostaje kilka procent dzieci.
Podobne "osiągi" mają szczepienia przeciw rotawirusom.
Paradoksalnie, najwięcej kasy rodzice wydają na szczepienia wynikające z kalendarza szczepień obowiązkowych, płacąc nawet 90 mln złotych (rocznie) za szczepionki skojarzone (zamiast trzech wkłuć dziecko otrzymuje szczepionkę w jednym). Szczepionki skojarzone są nowocześniejsze i pediatrzy od kilku lat monitują Ministerstwo Zdrowia, by wprowadzić je jako nieodpłatny standard dla wszystkich dzieci.
Kolejny postulat pediatrów to wprowadzenie szczepienia przeciw pneumokokom do kalendarza szczepień obowiązkowych. Na razie na bezpłatną szczepionkę mogą liczyć dzieci z grup ryzyka (wcześniaki, dzieci z astmą, cukrzycą i innymi obciążeniami) a także szczęśliwcy, którzy mieszkają w gminach, stawiających na profilaktykę - jakiś czas temu bezpłatne szczepienia przeciw pneumokokom wprowadziły Kielce, i efekty zdrowotne są naprawdę imponujące.
Ale - revenons à nos moutons. Wróćmy do naszych baranów, czyli do "Rzeczpospolitej" i jej śmiałych szczepionkowych tez.
Rodzice chcieliby szczepić, ale nie szczepią, bo na takiego niemowlaka to panie, hohoho, ile kasy potrzeba, żeby wyszczepić. I wyliczają autorki, że samo szczepienie przeciw pneumokokom to 1,2 tys. zł, a jak jeszcze dodać "zalecane szczepienia na meningokoki, ospę wietrzną, kleszczowe zapalenie mózgu czy grypę", to kwota rośnie do 1,5 tys. zł.
Aaaaa. Nos moutons w wysokiej formie. Wracajmyż do nich.
Jestem świadomym rodzicem. Pediatra mojego dziecka jest lekarzem wiernym zasadom EBM - medycyny opartej na faktach. Kalendarz szczepień obowiązkowych oboje traktowaliśmy od początku jak dekalog. A szczepienia zalecane - zgodnie z wiedzą medyczną i zdrowym rozsądkiem.
I tak.
Najbardziej kosztowną pozycją w przypadku niemowlaka, jeśli chodzi o szczepienia zalecane, jest szczepionka przeciw rotawirusom, której autorki w ogóle nie uwzględniły. W zależności od schematu (rodzaj szczepionki) ale też placówki, w której szczepimy dziecko rodzice zapłacą od 500 do 900 złotych za cały cykl.
Dlaczego rotawirusy a nie pneumokoki? Bo ostatnia dawka szczepienia przeciw rotawirusom musi być podana przed 24 tygodniem życia dziecka, czyli końcem 6. miesiąca.
Pneumokoki "wychodzą" drożej, ale tylko wtedy, jeśli rodzice uznają, że jest potrzeba ochrony dziecka od 2. miesiąca życia (bo np. ma starsze rodzeństwo, przedszkolaki i młodsi uczniowie przywlekają do domów prawdziwe bomby biologiczne, z którymi osesek i niemowlak sobie nie poradzi).
Jeśli dziecko nie ma starszego rodzeństwa, a rodzice prowadzą umiarkowanie ożywione życie towarzyskie, potrzeba szczepienia przeciw pneumokokom w pierwszym roku życia jest dyskusyjna. Z jednej strony małe dzieci najgorzej znoszą ewentualne zakażenie, a Inwazyjna Choroba Pneumokokowa rozwija się u nich wyjątkowo paskudnie, z drugiej - niemowlęta mają niewiele okazji, by zjadliwymi bakteriami się zarazić.
Im później dziecko zaczynamy szczepić, tym dawek szczepionki potrzebuje mniej.
Będąc świadomym rodzicem i zwolennikiem szczepień wszelakich, dziecko przeciw pneumokokom szczepiłam w trzecim roku życia, gdy syn zaczął swoją przygodę z klubami malucha i innego typu miejscami socjalizacji (małpie gaje, kulkownie).
Po trzecich urodzinach zaszczepiliśmy dziecko przeciw ospie. Jedną dawką, drugiej młody nie zdążył przyjąć, rozwiązał sprawę "po taniości", łapiąc wirusa i odchorowując ospę w postaci poronnej (trzy krosty na czole, jedna na brzuchu).
Przeciw meningokokom szczepionkę dziecko dostało przed czwartymi urodzinami, przed rozpoczęciem pełnoetatowej kariery przedszkolaka.
Jako matka świadoma, zapytałam pediatrę o kleszczowe zapalenie mózgu (- O ile nie wybiera się pani pod namiot na tereny leśne, nie rekomenduję) a nawet żółtaczkę (- Przed wyjazdem na wakacje do Afryki Północnej tak, wcześniej nie ma potrzeby).
Generalnie rzecz biorąc, na szczepienia zalecane w ciągu czterech lat życia mojego dziecka wydałam może tysiąc złotych. Może 1,2 tysiąca. Nie pamiętam. Więcej niż połowę w ciągu pierwszych sześciu miesięcy (rotawirusy). Szczepionek skojarzonych nie liczę - mój wybór, że płaciłam za coś, co moglibyśmy mieć bezpłatnie, tylko w mniej komfortowym wydaniu.
Ale perłą w tekście jest wypowiedź aktywistki Stop NOP, ruchu antyszczepionkowego.
"Gdyby wszystkie zalecane szczepienia były refundowane, powikłania rejestrowane, a rodzice mogli wybierać, czy chcą szczepić, jakimi preparatami i w jakim trybie, to z pewnością podchodziliby do szczepień dzieci odważniej – mówi Justyna Socha."
Brawo, brawo! Już widzę te rzesze antyszczepionkowców, dziś przerzucających się na forach informacjami o tym, że "dziecko znajomej dzień po szczepieniu 6w1 dostało autyzmu, a tak się zdrowo rozwijało droga kumo", ruszających odważnie do przychodni z żądaniem podania dziecku szczepionki skojarzonej (jeśli autorki tekstu nie wiedzą, wg antyszczepionkowców właśnie preparaty skojarzone to ZUO) i ordynujących swojemu dziecku wszystkie zalecone szczepienia, najlepiej w jednym (wybranym przez siebie) terminie.
No i jeszcze jedno.
Polski kalendarz szczepień nie jest doskonały. Fakt.
Z "Rzeczpospolitej" - niegdyś wiodącego dziennika ekonomicznego - chciałabym się dowiedzieć:
- Ile w tej chwili z budżetu państwa wydajemy na szczepienia obowiązkowe?
- Ile wydawalibyśmy, gdyby zamienić szczepionki do tej pory stosowane na nowoczesne preparaty?
- Ile kosztowałoby wprowadzenie do kalendarza szczepień obowiązkowych pneumokoków?
- Ile w tej chwili wynoszą przychody firm farmaceutycznych ze sprzedaży szczepionek na rynku polskim, a ile wyniosłyby (po uwzględnieniu naturalnego obniżenia cen preparatów w wyniku negocjacji i zakupów centralnych) po rozszerzeniu i modernizacji kalendarza szczepień?
W wersji delux "Rzeczpospolita" napisałaby też jeszcze jakie samorządy płacą za szczepienia dzieci (i ile).
A tak, to tylko takie ple, ple, ple o temacie ważnym i poważnym.
Szkoda.
czwartek, 10 kwietnia 2014
[3] Cztery lata później
Byłam wtedy pod Pałacem Prezydenckim.
Nie, nie wierzę w zamach.
Nie, nie wierzę w zmowę Tuska z Putinem.
Byłam pod Muzeum Powstania Warszawskiego, gdy Para Prezydencka po raz ostatni opuszczała stolicę.
Nie, nie uwierzyłam w przekopywanie ziemi w Smoleńsku na metr w głąb, mimo zapewnień Ewy Kopacz.
Nie, nie zgadzałam się z raportem Anodiny.
Byłam przy hali Torwaru, gdy na Okęciu lądował pierwszy transport smoleńskich trumien.
Nie, nie czytam "W sieci", "Do rzeczy", "Gazety Polskiej" i "Naszego Dziennika".
Nie, nie słucham bełkotu Palikota.
Ani kiedyś, ani teraz, ani nigdy.
Cztery lata temu przez kilka dni wierzyłam, że katastrofa smoleńska będzie katharsis polskiej polityki.
Nie, nie widziałam w niej znaku. Wierzyłam, że z tej bezsensownej tragedii, która wydarzyła się w splocie polskiej i rosyjskiej bylejakości i jakoś-to-będzie, potrafimy wyciągnąć wnioski.
Zatykałam uszy, by nie słyszeć tych, którzy mówili, że będzie - wprost przeciwnie.
I jest. Nasz dom murem podzielony.
A ja gdzieś pośrodku. Z jednej strony słowa "Smoleńsk", "zamach", "wybuch", "trotyl" budzą zażenowanie i chęć ucieczki. Z drugiej - chcę pamiętać. O tych wszystkich, którzy wtedy zginęli. Tragicznie i bezsensownie.
Im wyższy mur smoleński, tym ten bezsens bardziej wyraźny, przejmujący, dławiący.
Wieczne odpoczywanie racz im dać Panie.
Nie, nie wierzę w zamach.
Nie, nie wierzę w zmowę Tuska z Putinem.
Byłam pod Muzeum Powstania Warszawskiego, gdy Para Prezydencka po raz ostatni opuszczała stolicę.
Nie, nie uwierzyłam w przekopywanie ziemi w Smoleńsku na metr w głąb, mimo zapewnień Ewy Kopacz.
Nie, nie zgadzałam się z raportem Anodiny.
Byłam przy hali Torwaru, gdy na Okęciu lądował pierwszy transport smoleńskich trumien.
Nie, nie czytam "W sieci", "Do rzeczy", "Gazety Polskiej" i "Naszego Dziennika".
Nie, nie słucham bełkotu Palikota.
Ani kiedyś, ani teraz, ani nigdy.
Cztery lata temu przez kilka dni wierzyłam, że katastrofa smoleńska będzie katharsis polskiej polityki.
Nie, nie widziałam w niej znaku. Wierzyłam, że z tej bezsensownej tragedii, która wydarzyła się w splocie polskiej i rosyjskiej bylejakości i jakoś-to-będzie, potrafimy wyciągnąć wnioski.
Zatykałam uszy, by nie słyszeć tych, którzy mówili, że będzie - wprost przeciwnie.
I jest. Nasz dom murem podzielony.
A ja gdzieś pośrodku. Z jednej strony słowa "Smoleńsk", "zamach", "wybuch", "trotyl" budzą zażenowanie i chęć ucieczki. Z drugiej - chcę pamiętać. O tych wszystkich, którzy wtedy zginęli. Tragicznie i bezsensownie.
Im wyższy mur smoleński, tym ten bezsens bardziej wyraźny, przejmujący, dławiący.
Wieczne odpoczywanie racz im dać Panie.
![]() |
| 10 kwietnia 2010, Krakowskie Przedmieście |
piątek, 4 kwietnia 2014
[2] O politycznej banicji. Część druga, zapewne nie ostatnia
Minister pracy powinien odejść. Są ku temu co najmniej dwa powody.
O jednym napisałam w sumie już wczoraj, w kontekście potencjalnej kariery byłej minister pracy Jolanty Fedak w Parlamencie Europejskim.
O jednym napisałam w sumie już wczoraj, w kontekście potencjalnej kariery byłej minister pracy Jolanty Fedak w Parlamencie Europejskim.
Władysław Kosiniak-Kamysz powtórzył manewr swojej
poprzedniczki (dlatego właśnie uważam, że wyroki Trybunału Konstytucyjnego
powinny pociągać za sobą polityczne sankcje dla osoby odpowiedzialnej za
wejście w życie niekonstytucyjnych rozwiązań). W 2012 roku zmiana przepisów
odebrała prawo do zasiłku pielęgnacyjnego opiekunom dorosłych osób
niepełnosprawnych. Głównym argumentem za takim rozwiązaniem był… skokowy wzrost
liczby pobierających zasiłki. Wobec części z tych osób ministerstwo powzięło
podejrzenie, że zasiłki zwyczajnie wyłudzają. Więc prewencyjnie odebrano je
wszystkim. Rozwiązywanie problemów społecznych czy ratowanie finansów publicznych przez łamanie Konstytucji? Takie rzeczy tylko w....
Trybunał Konstytucyjny nie miał wątpliwości. W grudniu 2013 roku
orzekł, że nowe przepisy są sprzeczne z Konstytucją i nakazał ich poprawienie. Ministerstwo prace zaczęło dość niemrawo, ale protest rodziców dzieci niepełnosprawnych (oni zasiłków nie stracili, ale postanowili walczyć o więcej) zmobilizował do protestu również przedstawicieli opiekunów dorosłych niepełnosprawnych. I Sejm w trybie pilnym przyjął "naprawcze" przepisy: opiekunowie dorosłych niepełnosprawnych dostaną zwrot - 5,5 tysiąca złotych, plus oczywiście bieżące świadczenia.
I to jest pierwszy powód, dla którego minister Władysław
Kosiniak-Kamysz powinien stracić stanowisko.
Rzecznik Praw Obywatelskich, prof.
Irena Lipowicz w rozmowach z przedstawicielami protestujących rodzin
niepełnosprawnych – dzieci i dorosłych – mówiła zresztą w ostatnich dniach o politycznej
odpowiedzialności ministra za niekonstytucyjność ustawy. Nareszcie! Może więc
należy iść za ciosem i wprowadzić przepisy o czasowej banicji ze sfery publicznych stanowisk, funkcji, urzędów dla tych polityków, których działania i decyzje są sprzeczne z
Konstytucją?
Prof. Lipowicz poruszyła też problem odpowiedzialności urzędników:
ktoś te niekonstytucyjne przepisy w końcu przygotowuje. To prawda. Jednak
znając od podszewki proces stanowienia prawa Rzecznik Praw Obywatelskich
powinna wziąć pod lupę nie tylko urzędników Ministerstwa Pracy (piszących
projekt w dużym stresie, pod dyktando zwierzchników), ale też prawników
Rządowego Centrum Legislacji a także Biura Legislacyjnego Rządu – to są
miejsca, w których refleksja nad zgodnością proponowanych przepisów z innymi
aktami prawnymi, w tym z Konstytucją powinna być najwyższej próby.
Odpowiedzialność urzędników – tak, ale przede wszystkim
musimy egzekwować polityczną odpowiedzialność ministrów, członków rządu. Bez tego, śmiem
twierdzić, nigdy nie wyjdziemy z zaklętego kręgu złych praktyk stanowienia
prawa.
Fakt, że minister przyznał iż został popełniony błąd i
przeprosił za niego, jest ludzkim gestem (takiego nie doczekali się emeryci,
którzy stracili po kilkadziesiąt tysięcy złotych przez decyzję Jolanty Fedak),
ale to stanowczo za mało.
Ale jest drugi powód, dla którego zmiana na stanowisku
ministra polityki społecznej wydaje się oczywistą koniecznością (co nie znaczy,
że nastąpi).
Pod koniec marca Władysław Kosiniak-Kamysz był gościem
Janiny Paradowskiej. TUTAJ cały zapis radiowej rozmowy, której tematem był
oczywiście protest w Sejmie i sytuacja rodzin z dziećmi (i osobami)
niepełnosprawnymi.
Zacytuję fragment:
- To ile taka osoba dostaje w sumie dofinansowania? Bo
oglądając to, co widzę w telewizji, mogę nabrać przekonania, że te osoby
dostają 820 zł i nic więcej. A za to nie da się żyć - zarzuciła Paradowska.
- Jeżeli wzięlibyśmy mamę z synem 19-20 letnim, to jest to 820 zł plus ponad 600 zł plus 153 zł. Do tego dochodzi możliwość korzystania z programów dożywiania, pomocy społecznej, zasiłków celowych, wsparcie z PFRON, gdzie można starać się o dofinansowanie. Ale tam jest indywidualne podejście realizowane przez powiaty, które my współfinansujemy w Powiatowych Centrach Pomocy Rodzinie. Do tego dochodzi możliwość skorzystania z 1 procenta i są indywidualne konta dla wszystkich niepełnosprawnych - wyliczał Kosiniak-Kamysz.
- Jeżeli wzięlibyśmy mamę z synem 19-20 letnim, to jest to 820 zł plus ponad 600 zł plus 153 zł. Do tego dochodzi możliwość korzystania z programów dożywiania, pomocy społecznej, zasiłków celowych, wsparcie z PFRON, gdzie można starać się o dofinansowanie. Ale tam jest indywidualne podejście realizowane przez powiaty, które my współfinansujemy w Powiatowych Centrach Pomocy Rodzinie. Do tego dochodzi możliwość skorzystania z 1 procenta i są indywidualne konta dla wszystkich niepełnosprawnych - wyliczał Kosiniak-Kamysz.
I wystarczy.
Minister polityki społecznej powinien wiedzieć, że 1 proc.
podatku, który jest przekazywany przez Polaków na organizacje pożytku
publicznego nie powinien trafiać na subkonta prowadzone przez fundacje. To, że
trafia, jest patologią i wypaczeniem idei pożytku publicznego (zapisanej w
przepisach, na straży których stoi, powinno stać, Ministerstwo Pracy i Polityki
Społecznej).
Organizacją, która w 2013 roku (rozliczenie za 2012 rok) otrzymała
najwięcej z 1 proc. podatku była po raz kolejny Fundacja Dzieciom „Zdążyć z
pomocą”, na której konto wpłynęło ponad 117 mln zł. Na drugim miejscu -
Fundacja Pomocy Osobom Niepełnosprawnym „Słoneczko” z kwotą ponad 15 mln
zł, na trzecim - Fundacja AVALON - BEZPOŚREDNIA POMOC NIEPEŁNOSPRAWNYM, z kwotą
8,5 mln zł. W sumie Polacy przekazali OPP ponad 485 mln złotych.
Ogromna część
z tych pieniędzy trafia na subkonta, i pozwala dzieciom i osobom
niepełnosprawnym – niektórym – pokrywać koszty leczenia i rehabilitacji.
Niektórym. Nie wszystkim (jak „powiedziało się” ministrowi).
I jest tak, że dzięki tym pieniądzom mały Jaś może dwa razy w roku pojechać na
turnus rehabilitacyjny ze wszystkimi „bajerami”, a nieco większy Wiktor
wyjeżdża nawet po raz drugi na turnus delfinoterapii, na Ukrainę. Komuś udaje się
wyszarpać trochę pieniędzy, dzięki którym może leczyć nowotwór krwi swojego
dziecka za granicą, a jeszcze inna rodzina dokłada do nowoczesnego wózka elektrycznego, by
dziecko mogło być choć trochę bardziej samodzielne.
Są inne dzieci. Rodziców mniej operatywnych, z mniejszą liczbą znajomych, bez dojść do księgowych wypełniających PIT-y. Są dorośli niepełnosprawni, z dużo mniejszymi szansami na pozyskanie 1 proc.
Dwa razy – przynajmniej – podjęto próby likwidacji
możliwości przekazywania 1 proc. podatku na subkonta. Opór, przede wszystkim ze
strony rodziców dzieci niepełnosprawnych, był ogromny i za każdym razem rządy
wycofywały się ze wstępnych, nieśmiało zresztą zgłaszanych, propozycji.
Rodzicom (i wszystkim pozostałym, którzy zbierają na subkonta) się nie dziwię. Kilka, kilkanaście lub nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych,
które można wydać na pomoc swojemu dziecku w sytuacji, gdy system opieki nad
niepełnosprawnymi jest daleki od doskonałości (eufemizm), to pieniądze nie do
pogardzenia. Jest o co walczyć.
Ale ta walka nie przeszkadza jednocześnie rodzicom narzekać,
że w przeciwieństwie do innych znanych im krajów, nie mogą oni liczyć na
wsparcie „sieci stowarzyszeń i fundacji”. Że nie ma instytucji, które
prowadziłyby ośrodki pobytu dziennego, nie ma opłacanych przez fundacje
asystentów czy opiekunów niepełnosprawnych, etc. etc.
Nie ma i nie będzie, a jeśli będą - to zbyt mało. 1 proc. dla
organizacji pożytku publicznego to pieniądze, które miały zasilić i wzmocnić
tzw. sektor organizacji pozarządowych – m.in. specjalizujących się w
działaniach na rzecz niepełnosprawnych i ich rodzin.
Rodzice, z którymi wielokrotnie rozmawiałam na ten temat,
nie wierzą, że ich dziecko nie straciłoby na zmianie przepisów i
likwidacji subkont. Mówią, że być może Polacy w ogóle przestaliby przekazywać 1
proc. (bo skoro nie pójdzie na konkretne dziecko, to się zmarnuje), a jeśli
nawet pieniędzy z 1 proc. nie byłoby mniej, to przecież poszłyby nie na
leczenie czy rehabilitację Jasia, Zosi czy Marysi, tylko np. setki dzieciaków z
takim samym schorzeniem. A poza tym – na pensje i działania fundacji. Więc
lepiej nie.
Mało kto (chyba) myśli perspektywicznie. Niepełnosprawne i
ciężko chore dzieci rosną. Duża część z nich będzie funkcjonować w
społeczeństwie jako osoby dorosłe. Dalej niepełnosprawne, wymagające asysty,
rehabilitacji, leczenia.
Tymczasem urodzą się kolejne dzieci chore, niepełnosprawne, wymagające nakładów na leczenie i rehabilitację. Dużo bardziej
chwytające za serce, dużo bardziej „medialne”, skuteczniej przemawiające do
wyobraźni wypełniających PIT.
1 procent podatku nie zbuduje systemu opieki nad
niepełnosprawnymi. Nie po to został wymyślony i wprowadzony w życie. Ale jest
(a raczej był i może być) szansą budowy jednego z ważnych segmentów tego
systemu. O ile sami zainteresowani na to pozwolą.
No i o ile doczekamy się ministra polityki społecznej, który
ogarnie temat.
czwartek, 3 kwietnia 2014
[1] Być kobietą, czyli dość tej hucpy!
Siedzę nad poranną kawą. Czytam prasę codzienną, przeklikuję się przez kolejne strony. Taki nawyk.
Kawa aromatyczna, a prasa umiarkowanie nieciekawa...
O. A jednak. Jest temat na pierwszą notkę do bloga, który kiełkował gdzieś we mnie już od pewnego czasu.
Gazeta.pl przygotowała
"ranking specjalny" realnego sfeminizowania list poszczególnych komitetów wyborczych,
którym się marzy wprowadzenie kandydatów do Parlamentu Europejskiego. Kto ciekawy, niech czyta. Dziennikarz się napracował, choć w zasadzie nie mogę dojść po co. O ile jeszcze liczenie "jedynek", "dwójek" i ogólnie - liczby miejsc na listach oddanych kobietom w wyborach parlamentarnych ma jakiś sens (poznawczy głównie, ale ma), wybory do Parlamentu Europejskiego to trochę inna bajka.
A poza tym - parytety, bzdety. Ważne, czy kandydat jest kompetentny i mieści się w szeroko pojętej normie politycznej przyzwoitości. Tu, jak się okazuje, płeć niczego nie przesądza.
Taki fascynujący temat leżał przed autorem z "GW" na wyciągnięcie ręki. Gdybym była Nadredaktorem, pogoniłabym precz z tekstem rankingowym, a kazałabym się zająć wyjaśnieniem następującej zagadki: jak to się stało, że polityk (płci pięknej, ale to akurat bez znaczenia, nie jestem antyfeministką) może uzyskać rekomendację swojej partii do fotela europarlamentarzysty (z kosmiczną gażą), choć na rodzimym podwórku pozostawił po sobie smród, brud, kiłę i mogiłę.
A konkretnie? Konkretnie to wyrok Trybunału Konstytucyjnego, który nakazuje Zakładowi Ubezpieczeń Społecznych zwrócić ponad 23 tysiącom emerytów niemal miliard złotych, które stracili w 2011 roku, bo ówczesna minister pracy Jolanta Fedak (obecnie - kandydatka PSL do Parlamentu Europejskiego) postanowiła mieć sukces i powalczyć z bezrobociem poprzez wprowadzenie zakazu łączenia pracy z pobieraniem emerytury.
A że w 2009 roku (będąc stosunkowo młodą ministrą) zgodziła się, by emeryci mogli dorabiać w dotychczasowym miejscu pracy bez obowiązku zwalniania się z pracy (element programu aktywizacji osób 50+)? A że Polska pod względem aktywności zawodowej seniorów jest na szarym końcu ogona Unii Europejskiej i na każdego pracującego sześćdziesięcioparolatka powinniśmy chuchać i dmuchać, bo poprawia nasze nędzne statystyki? Cóż.
Miliard. Miliard złotych wyłoży budżet państwa za fanaberię i arogancję pani minister Jolanty Fedak, której społeczeństwo co prawda podziękowało za publiczną służbę (w 2011 roku nie dostała się do Sejmu), ale koledzy - partyjni i nie tylko - wręcz przeciwnie.
Jakiś fotel w radzie nadzorczej. Jakieś stanowisko przy wicepremierze Pawlaku, a na koniec - i to jest żart stulecia - posada radcy prezesa ZUS. Tak, tak... Wiosną 2013 roku kompetencje byłej minister pracy zostały zauważone, docenione i raz jeszcze opłacone z pieniędzy podatników.
Pół roku później Trybunał Konstytucyjny ocenił, że zmiana przepisów, przygotowana i przeprowadzona przez minister Jolantę Fedak stanowiła
a rząd przygotował taką zmianę przepisów, by ZUS mógł wypłacić niekonstytucyjnie zabrane świadczenia. Miliard złotych.
I pięknie.
Tyle, że Jolanta Fedak bardzo dużo mnie, i panią i pana, i pana też, i tego pana co czyta bloga na smartfonie...
.... że co? Że ten pan jest rolnikiem i nie płaci podatków? Bzdura. Wszyscy płacimy - VAT, akcyzę i co tam jeszcze, więc tego pana ze smartfonem pani Jolanta Fedak kosztuje naprawdę dużo. Wystarczy.
Tak pani minister Jolanta Fedak przysięgała, że będzie przestrzegać Konstytucji.
Nie, nie domagam się, by miliard złotych oddała z własnej kieszeni (nierealne). Nie zależy mi też, żeby w najdroższym czasie antenowym przeprosiła każdego z 23 tysięcy emerytów, którym - niezgodnie z prawem - odebrała ich pieniądze.
Ale postulat, by Jolanta Fedak znalazła się poza orbitą dochodowych stanowisk obsadzanych z klucza partyjno-politycznego na lat minimum dziesięć, nie jest chyba specjalnie dotkliwą karą?
Bycie posłem, europosłem (tak, gaże europarlamentarzystów opłacane są również pieniędzy polskich podatników, odprowadzamy do unijnego budżetu składkę, i akurat tu nie ma nic do rzeczy, że strumień pieniędzy z Brukseli do naszego budżetu jest znacznie szerszy), ministrem, doradcą prezesów państwowych urzędów, członkiem rad nadzorczych spółek Skarbu Państwa, radnym sejmiku wojewódzkiego czy wójtem gminy nie jest niezbywalnym prawem każdego obywatela. Jest przywilejem, który powinien łączyć się nierozerwalnie z dobrą służbą.
Nigdy nie będzie lepiej, jeśli przykład nie pójdzie z góry. Nie nagradzajmy przywilejami tych, którzy na to nie zasługują.
Członek rządu, odpowiedzialny za ustawę, obaloną przez Trybunał Konstytucyjny - zwłaszcza po wyroku, pociągającym za sobą zobowiązania budżetu państwa względem obywateli - powinien ponosić odpowiedzialność. Zakaz (choćby czasowy) sprawowania funkcji publicznych byłby adekwatny do stopnia winy, czyli złamania ministerialnej przysięgi. A że nie można - raczej - liczyć na poczucie przyzwoitości w gremiach partyjnych, taki zakaz powinien być wprowadzony ustawowo.
Bo minister (premier, wicepremierowie) nie przysięgają, że postarają się dochować wierności Konstytucji i innym prawom Rzeczypospolitej Polskiej, o ile będą mieć taką możliwość a na przeszkodzie nie staną im żadne inne względy, na przykład niewiedza własna oraz współpracowników etc. etc.
Przysięgają, że dochowają wierności.
Zacznijmy ich z tego rozliczać.
O! Wisienka na torcie na koniec dnia pracy - zaproszenie na majowy Kongres Kobiet. Pamiętając ubiegłoroczny (Jolanta Fedak w panelu ekspertów na temat ubezpieczeń i polityki społecznej, a jakże), prędziutko weszłam na stronę. I masz babo (!) placek, Jolanta Fedak na liście kobiet z poparciem Kongresu. Dobra kandydatka, wartościowa, a w zasadzie - kosztowna.
Miliard złotych drogie panie. Miliard!
Kawa aromatyczna, a prasa umiarkowanie nieciekawa...
O. A jednak. Jest temat na pierwszą notkę do bloga, który kiełkował gdzieś we mnie już od pewnego czasu.
![]() |
| Zdjęcie pochodzi stąd |
Gazeta.pl przygotowała
"ranking specjalny" realnego sfeminizowania list poszczególnych komitetów wyborczych,
którym się marzy wprowadzenie kandydatów do Parlamentu Europejskiego. Kto ciekawy, niech czyta. Dziennikarz się napracował, choć w zasadzie nie mogę dojść po co. O ile jeszcze liczenie "jedynek", "dwójek" i ogólnie - liczby miejsc na listach oddanych kobietom w wyborach parlamentarnych ma jakiś sens (poznawczy głównie, ale ma), wybory do Parlamentu Europejskiego to trochę inna bajka.
A poza tym - parytety, bzdety. Ważne, czy kandydat jest kompetentny i mieści się w szeroko pojętej normie politycznej przyzwoitości. Tu, jak się okazuje, płeć niczego nie przesądza.
Taki fascynujący temat leżał przed autorem z "GW" na wyciągnięcie ręki. Gdybym była Nadredaktorem, pogoniłabym precz z tekstem rankingowym, a kazałabym się zająć wyjaśnieniem następującej zagadki: jak to się stało, że polityk (płci pięknej, ale to akurat bez znaczenia, nie jestem antyfeministką) może uzyskać rekomendację swojej partii do fotela europarlamentarzysty (z kosmiczną gażą), choć na rodzimym podwórku pozostawił po sobie smród, brud, kiłę i mogiłę.
A konkretnie? Konkretnie to wyrok Trybunału Konstytucyjnego, który nakazuje Zakładowi Ubezpieczeń Społecznych zwrócić ponad 23 tysiącom emerytów niemal miliard złotych, które stracili w 2011 roku, bo ówczesna minister pracy Jolanta Fedak (obecnie - kandydatka PSL do Parlamentu Europejskiego) postanowiła mieć sukces i powalczyć z bezrobociem poprzez wprowadzenie zakazu łączenia pracy z pobieraniem emerytury.
A że w 2009 roku (będąc stosunkowo młodą ministrą) zgodziła się, by emeryci mogli dorabiać w dotychczasowym miejscu pracy bez obowiązku zwalniania się z pracy (element programu aktywizacji osób 50+)? A że Polska pod względem aktywności zawodowej seniorów jest na szarym końcu ogona Unii Europejskiej i na każdego pracującego sześćdziesięcioparolatka powinniśmy chuchać i dmuchać, bo poprawia nasze nędzne statystyki? Cóż.
Miliard. Miliard złotych wyłoży budżet państwa za fanaberię i arogancję pani minister Jolanty Fedak, której społeczeństwo co prawda podziękowało za publiczną służbę (w 2011 roku nie dostała się do Sejmu), ale koledzy - partyjni i nie tylko - wręcz przeciwnie.
Jakiś fotel w radzie nadzorczej. Jakieś stanowisko przy wicepremierze Pawlaku, a na koniec - i to jest żart stulecia - posada radcy prezesa ZUS. Tak, tak... Wiosną 2013 roku kompetencje byłej minister pracy zostały zauważone, docenione i raz jeszcze opłacone z pieniędzy podatników.
Pół roku później Trybunał Konstytucyjny ocenił, że zmiana przepisów, przygotowana i przeprowadzona przez minister Jolantę Fedak stanowiła
"naruszenie zasady ochrony zaufania obywatela do państwa i stanowionego przez nie prawa oraz zasady demokratycznego państwa prawa"
a rząd przygotował taką zmianę przepisów, by ZUS mógł wypłacić niekonstytucyjnie zabrane świadczenia. Miliard złotych.
I pięknie.
Tyle, że Jolanta Fedak bardzo dużo mnie, i panią i pana, i pana też, i tego pana co czyta bloga na smartfonie...
.... że co? Że ten pan jest rolnikiem i nie płaci podatków? Bzdura. Wszyscy płacimy - VAT, akcyzę i co tam jeszcze, więc tego pana ze smartfonem pani Jolanta Fedak kosztuje naprawdę dużo. Wystarczy.
Obejmując urząd ministra uroczyście przysięgam, że dochowam wierności postanowieniom Konstytucji i innym prawom Rzeczypospolitej Polskiej, a dobro Ojczyzny oraz pomyślność obywateli będą dla mnie zawsze najwyższym nakazem.
Tak pani minister Jolanta Fedak przysięgała, że będzie przestrzegać Konstytucji.
Nie, nie domagam się, by miliard złotych oddała z własnej kieszeni (nierealne). Nie zależy mi też, żeby w najdroższym czasie antenowym przeprosiła każdego z 23 tysięcy emerytów, którym - niezgodnie z prawem - odebrała ich pieniądze.
Ale postulat, by Jolanta Fedak znalazła się poza orbitą dochodowych stanowisk obsadzanych z klucza partyjno-politycznego na lat minimum dziesięć, nie jest chyba specjalnie dotkliwą karą?
Bycie posłem, europosłem (tak, gaże europarlamentarzystów opłacane są również pieniędzy polskich podatników, odprowadzamy do unijnego budżetu składkę, i akurat tu nie ma nic do rzeczy, że strumień pieniędzy z Brukseli do naszego budżetu jest znacznie szerszy), ministrem, doradcą prezesów państwowych urzędów, członkiem rad nadzorczych spółek Skarbu Państwa, radnym sejmiku wojewódzkiego czy wójtem gminy nie jest niezbywalnym prawem każdego obywatela. Jest przywilejem, który powinien łączyć się nierozerwalnie z dobrą służbą.
Nigdy nie będzie lepiej, jeśli przykład nie pójdzie z góry. Nie nagradzajmy przywilejami tych, którzy na to nie zasługują.
Członek rządu, odpowiedzialny za ustawę, obaloną przez Trybunał Konstytucyjny - zwłaszcza po wyroku, pociągającym za sobą zobowiązania budżetu państwa względem obywateli - powinien ponosić odpowiedzialność. Zakaz (choćby czasowy) sprawowania funkcji publicznych byłby adekwatny do stopnia winy, czyli złamania ministerialnej przysięgi. A że nie można - raczej - liczyć na poczucie przyzwoitości w gremiach partyjnych, taki zakaz powinien być wprowadzony ustawowo.
Bo minister (premier, wicepremierowie) nie przysięgają, że postarają się dochować wierności Konstytucji i innym prawom Rzeczypospolitej Polskiej, o ile będą mieć taką możliwość a na przeszkodzie nie staną im żadne inne względy, na przykład niewiedza własna oraz współpracowników etc. etc.
Przysięgają, że dochowają wierności.
Zacznijmy ich z tego rozliczać.
O! Wisienka na torcie na koniec dnia pracy - zaproszenie na majowy Kongres Kobiet. Pamiętając ubiegłoroczny (Jolanta Fedak w panelu ekspertów na temat ubezpieczeń i polityki społecznej, a jakże), prędziutko weszłam na stronę. I masz babo (!) placek, Jolanta Fedak na liście kobiet z poparciem Kongresu. Dobra kandydatka, wartościowa, a w zasadzie - kosztowna.
Miliard złotych drogie panie. Miliard!
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)


