Kiedyś, jak człowiek chciał sobie przeczytać artykuł pisany - proszę uprzejmie o wybaczenie - na temat z odbytnicy wzięty, sięgał po "Fakt".
Nocami nie śpię bo trzymam kredens.
Napadło mnie jajko.
Jezioro pełne wódki.
A dziś? Dziś wybór tytułów prasowych, które oferują rozrywkę intelektualną na zbliżonym poziomie, jest dużo, dużo szerszy. Weźmy dzisiejszą "Rzeczpospolitą" - kiedyś dziennik w segmencie premium, skierowany do kadry zarządzającej, specjalistów, administracji.
Za biedni na szczepionki.
Otóż, proszę państwa, autorki stawiają śmiałą tezę: państwo powinno płacić za szczepienia zalecane, bo rodzice chcieliby szczepić swoje dzieci na potęgę, ale kasy nie mają.
Jakiś dowód na tę tezę?
Och, po co tak ostro? Można było o trotylu na wraku pisać bez dowodów, to czemuż to o szczepieniach nie można popełnić artykułu prasowego. Dowód, też coś!
Jest przesłanka. Otóż z badań TNS OBOP wynika, że "niemal co druga osoba pracująca jako specjalista i 40 proc. rodziców z
wyższym wykształceniem deklaruje, że zaszczepi dzieci przeciw chorobom
nieobjętym obowiązkowym kalendarzem szczepień. Dlaczego? Bo ich na to stać".
W domyśle - inni nie szczepią, bo klepią biedę, i jak mają wolny pieniądz, wydają go w spożywczaku.
Rajcujący wniosek, nie?
Można byłoby go wprawdzie skonfrontować z badaniami przeprowadzonymi przez Centrum Zdrowia Dziecka mniej więcej trzy lata temu, z których wynika, że rodzice co prawda deklarują, że zaszczepią dzieci na wszystko, co można, ale w praktyce wygląda to dużo słabiej. Nie szczepią również ci, których na to stać.
Przeciw pneumokokom szczepionych jest rocznie ok. 10 proc. dzieci.
Szczepionkę przeciw meningokokom dostaje kilka procent dzieci.
Podobne "osiągi" mają szczepienia przeciw rotawirusom.
Paradoksalnie, najwięcej kasy rodzice wydają na szczepienia wynikające z
kalendarza szczepień obowiązkowych, płacąc nawet 90 mln złotych
(rocznie) za szczepionki skojarzone (zamiast trzech wkłuć dziecko
otrzymuje szczepionkę w jednym). Szczepionki skojarzone są
nowocześniejsze i pediatrzy od kilku lat monitują Ministerstwo Zdrowia,
by wprowadzić je jako nieodpłatny standard dla wszystkich dzieci.
Kolejny postulat pediatrów to wprowadzenie szczepienia przeciw pneumokokom do kalendarza szczepień obowiązkowych. Na razie na bezpłatną szczepionkę mogą liczyć dzieci z grup ryzyka (wcześniaki, dzieci z astmą, cukrzycą i innymi obciążeniami) a także szczęśliwcy, którzy mieszkają w gminach, stawiających na profilaktykę - jakiś czas temu bezpłatne szczepienia przeciw pneumokokom wprowadziły Kielce, i efekty zdrowotne są naprawdę imponujące.
Ale - revenons à nos moutons. Wróćmy do naszych baranów, czyli do "Rzeczpospolitej" i jej śmiałych szczepionkowych tez.
Rodzice chcieliby szczepić, ale nie szczepią, bo na takiego niemowlaka to panie, hohoho, ile kasy potrzeba, żeby wyszczepić. I wyliczają autorki, że samo szczepienie przeciw pneumokokom to 1,2 tys. zł, a jak jeszcze dodać "zalecane szczepienia na meningokoki, ospę wietrzną, kleszczowe zapalenie mózgu czy grypę", to kwota rośnie do 1,5 tys. zł.
Aaaaa. Nos moutons w wysokiej formie. Wracajmyż do nich.
Jestem świadomym rodzicem. Pediatra mojego dziecka jest lekarzem wiernym zasadom EBM - medycyny opartej na faktach. Kalendarz szczepień obowiązkowych oboje traktowaliśmy od początku jak dekalog. A szczepienia zalecane - zgodnie z wiedzą medyczną i zdrowym rozsądkiem.
I tak.
Najbardziej kosztowną pozycją w przypadku niemowlaka, jeśli chodzi o szczepienia zalecane, jest szczepionka przeciw rotawirusom, której autorki w ogóle nie uwzględniły. W zależności od schematu (rodzaj szczepionki) ale też placówki, w której szczepimy dziecko rodzice zapłacą od 500 do 900 złotych za cały cykl.
Dlaczego rotawirusy a nie pneumokoki? Bo ostatnia dawka szczepienia przeciw rotawirusom musi być podana przed 24 tygodniem życia dziecka, czyli końcem 6. miesiąca.
Pneumokoki "wychodzą" drożej, ale tylko wtedy, jeśli rodzice uznają, że jest potrzeba ochrony dziecka od 2. miesiąca życia (bo np. ma starsze rodzeństwo, przedszkolaki i młodsi uczniowie przywlekają do domów prawdziwe bomby biologiczne, z którymi osesek i niemowlak sobie nie poradzi).
Jeśli dziecko nie ma starszego rodzeństwa, a rodzice prowadzą umiarkowanie ożywione życie towarzyskie, potrzeba szczepienia przeciw pneumokokom w pierwszym roku życia jest dyskusyjna. Z jednej strony małe dzieci najgorzej znoszą ewentualne zakażenie, a Inwazyjna Choroba Pneumokokowa rozwija się u nich wyjątkowo paskudnie, z drugiej - niemowlęta mają niewiele okazji, by zjadliwymi bakteriami się zarazić.
Im później dziecko zaczynamy szczepić, tym dawek szczepionki potrzebuje mniej.
Będąc świadomym rodzicem i zwolennikiem szczepień wszelakich, dziecko przeciw pneumokokom szczepiłam w trzecim roku życia, gdy syn zaczął swoją przygodę z klubami malucha i innego typu miejscami socjalizacji (małpie gaje, kulkownie).
Po trzecich urodzinach zaszczepiliśmy dziecko przeciw ospie. Jedną dawką, drugiej młody nie zdążył przyjąć, rozwiązał sprawę "po taniości", łapiąc wirusa i odchorowując ospę w postaci poronnej (trzy krosty na czole, jedna na brzuchu).
Przeciw meningokokom szczepionkę dziecko dostało przed czwartymi urodzinami, przed rozpoczęciem pełnoetatowej kariery przedszkolaka.
Jako matka świadoma, zapytałam pediatrę o kleszczowe zapalenie mózgu (- O ile nie wybiera się pani pod namiot na tereny leśne, nie rekomenduję) a nawet żółtaczkę (- Przed wyjazdem na wakacje do Afryki Północnej tak, wcześniej nie ma potrzeby).
Generalnie rzecz biorąc, na szczepienia zalecane w ciągu czterech lat życia mojego dziecka wydałam może tysiąc złotych. Może 1,2 tysiąca. Nie pamiętam. Więcej niż połowę w ciągu pierwszych sześciu miesięcy (rotawirusy). Szczepionek skojarzonych nie liczę - mój wybór, że płaciłam za coś, co moglibyśmy mieć bezpłatnie, tylko w mniej komfortowym wydaniu.
Ale perłą w tekście jest wypowiedź aktywistki Stop NOP, ruchu antyszczepionkowego.
"Gdyby wszystkie zalecane szczepienia były refundowane, powikłania
rejestrowane, a rodzice mogli wybierać, czy chcą szczepić, jakimi
preparatami i w jakim trybie, to z pewnością podchodziliby do szczepień
dzieci odważniej – mówi Justyna Socha."
Brawo, brawo! Już widzę te rzesze antyszczepionkowców, dziś przerzucających się na forach informacjami o tym, że "dziecko znajomej dzień po szczepieniu 6w1 dostało autyzmu, a tak się zdrowo rozwijało droga kumo", ruszających odważnie do przychodni z żądaniem podania dziecku szczepionki skojarzonej (jeśli autorki tekstu nie wiedzą, wg antyszczepionkowców właśnie preparaty skojarzone to ZUO) i ordynujących swojemu dziecku wszystkie zalecone szczepienia, najlepiej w jednym (wybranym przez siebie) terminie.
No i jeszcze jedno.
Polski kalendarz szczepień nie jest doskonały. Fakt.
Z "Rzeczpospolitej" - niegdyś wiodącego dziennika ekonomicznego - chciałabym się dowiedzieć:
- Ile w tej chwili z budżetu państwa wydajemy na szczepienia obowiązkowe?
- Ile wydawalibyśmy, gdyby zamienić szczepionki do tej pory stosowane na nowoczesne preparaty?
- Ile kosztowałoby wprowadzenie do kalendarza szczepień obowiązkowych pneumokoków?
- Ile w tej chwili wynoszą przychody firm farmaceutycznych ze sprzedaży szczepionek na rynku polskim, a ile wyniosłyby (po uwzględnieniu naturalnego obniżenia cen preparatów w wyniku negocjacji i zakupów centralnych) po rozszerzeniu i modernizacji kalendarza szczepień?
W wersji delux "Rzeczpospolita" napisałaby też jeszcze jakie samorządy płacą za szczepienia dzieci (i ile).
A tak, to tylko takie ple, ple, ple o temacie ważnym i poważnym.
Szkoda.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz