wtorek, 22 kwietnia 2014

[6] Zarządowi PKP do sztambucha

Będąc matką dziecięcia w wieku wczesnoszkolnym, powrót z rodzinnych świąt na południu Polski do stolycy odłożyłam na poświąteczny wtorek (ferie). Spośród przebogatej oferty przewoźników krajowych wybrałam PKP Intercity w jego budżetowej wersji - TLK. Różnica w standardzie między EIC a TLK jest widoczna gołym okiem, ale ponieważ portfel mój jest równie jak oko nieuzbrojony i niegotowy na starcie z ceną pozapromocyjną, wybór był prosty. Jedziemy TLK "Janusz Korczak" - jedynym, który przemierza trasę Kraków-Warszawa w środku dnia.

Bo odnowiony tabor PKP Intercity pociągnął za sobą odwrócenie proporcji między liczbą pociągów EIC i TLK. O ile jeszcze niecały rok temu tych drugich na najbardziej obleganej trasie Kraków-Warszawa kursowało w ciągu dnia przynajmniej tyle samo co EIC (a o ile mnie pamięć nie myli, więcej), o tyle teraz TLK kursują bodaj trzy: rano (o świcie), w okolicach południa i wieczorem.

Ale co tam. Mamy bilety z miejscówką, więc alleluja i do przodu. Niestety, chęć racjonalizacji wydatków na podróż przyświecała jakiemuś srylionowi rodaków a także obcokrajowców, którzy oblegli Dworzec Główny niczym ongiś Turcy Kamieniec Podolski. Duża część hurraoptymistycznie myślała zapewne: "Ja z synowcem na czele i - jakoś to będzie!"

Pierwsza potyczka - wygrana! Dostaliśmy się do przedziału. Pyrrusowe to było zwycięstwo - przez bite 3,5 godziny nie mogliśmy się z niego ruszyć, bo pohańcy nie odstępowali od murów.... Tfu, z korytarzy. Gdyby jakiś Obrońca Miejsca z Miejscówką zdecydował się złamać zakaz, wychylić przez okno i łaskawie wypaść, hordy runęłyby na to zwolnione miejsce, rzecz jest pewna.

Zarządzie PKP Intercity i wy, szeregowi dyrektorzy spółek siostrzanych i pobratymczych! W dzień poświąteczny do każdego składu TLK zarządźcie doczepianie wagonu bydlęcego (jeśli takimi spółka nie dysponuje, należy zamówić niezwłocznie). Podróżnym, stojącym na korytarzach i w wucetach będzie bez różnicy, a przynajmniej parę osób z tych, co zapłacili za podróż drugą, a nawet pierwszą klasą PKP Intercity (i huk z tym, że TLK), nie dostanie zakrzepicy - będą mieć szansę na wyprostowanie kończyn choć raz w ciągu kilku godzin.

Wiem co mówię. Zakrzepicą pociągową byłam zagrożona w ostatnim półroczu już trzykrotnie. Nosił wilk razy kilka....

Ale ja w sumie nie o tym. Podróż sama w sobie atrakcyjna aż miło, ale koniec podróży to już kremdelakrem.

Otóż pociąg długi, wyładowany niczym "Lokomotywa" wieszcza Tuwima, za stację końcową miał Warszawę Gdańską. I była to równocześnie jedyna stacja w Warszawie, na jakiej zechciał się ów skład zatrzymać (niezorientowanym napiszę, że "normalnie" pociągi dalekobieżne zatrzymują się na trzech dużych, przystosowanych do przyjmowania i odprawiania pasażerów z walizami, tobołami, plecakami, stacjach: Warszawie Zachodniej, Centralnej i Wschodniej). Warszawa Gdańska, niczego dworcowi nie ujmując, to spora stacyjka pociągów podmiejskich. Jest różnica? Oooooo, jest!

TLK "Janusz Korczak" wtoczył się na stację. Pohańcy korytarzowi wymieszali się na peronie z Wiernymi Obrońcami Miejscówek. Zamieszanie trwało tylko chwilę, bo po kilkunastu sekundach wszyscy solidarnie ugrzęźli w gigakorku do schodów wiodących do przejścia podziemnego. Korek pewnie by się szybko rozładował (mimo waliz, tobołów, plecaków, piesków, wózków, karmiących dzieci i płaczących matek czy tam jak to szło), gdyby nie fakt, że szemrzącym głosem z głośników popłynęła wieść, iż na tor-taki-a-taki, przy peronie-tym-i-tym(samym) wjeżdża pociąg relacji Wrocław Główny-Warszawa Gdańska-Kończybieg.

Owmordę.

Zarządzie PKP Intercity i wy, szeregowi dyrektorzy spółek siostrzanych i pobratymczych! Następnym razem puśćcie w tym samym momencie na Gdański GdynięGłównąOsobową-Kończybieg! Zachciało się ludziskom oszczędzać na biletach, niech se wydadzą na ortopedę, jak już jeden z drugim wygruzi się na tych schodach, co nie dość że ciasne, to jeszcze dość słabo doświetlone.

PS. Z Warszawy do Krakowa podróżowałam EIC. No miód malina, nowe wagony, tabor odświeżony, Europa pełną gębą. Jedną mam tylko uwagę krytyczną, mianowicie drzwi, które otwierają się na guziczek, bardzo głupie są i złośliwe, i nie zauważają pasażera wcale, więc moje przedramiona przyozdabiają dwa gigantyczne siniaki. Nie, nie spożywałam w Warsie napoju słabowyskokowego, tymi rękami chciałam ochronić swoje dziecko, które nierozsądnie przechodziło przez rozsunięte drzwi, a one znienacka zaczęły się zsuwać. Czy zamontowanie czegoś w rodzaju czujnika ruchu, który blokowałby drzwi robiące złowieszcze pffffffffffffff, byłoby nadmiernym kłopotem?

Z pasażerskim pozdrowieniem!




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz